Nie tylko z parafialnych kronik

Niepokorny proboszcz

Obchodzący stulecie istnienia kościół w Hażlachu nie był, oczywiście pierwszą świątynią. Przedtem istniejący kościół oglądać możemy jedynie na rysunkach lub fotografiach, ale do dziś zachowały się figury i obrazy pamiętające dawne czasy. Na chórze uwagę przyciąga jeden z nich. Obraz przedstawia klęczącego księdza ubranego w komżę. U góry – zgodnie z ówczesnymi tendencjami w sztuce – przedstawiono całą grupę postaci. W środku nieznany artysta umieścił Matkę Boską z Dzieciątkiem. Po prawej stronie widać patrona hażlaskiej parafii – św. Bartłomieja trzymającego nóż. Z lewej strony przedstawiono św. Szymona z piłą i św. Pawła z mieczem. Poniżej jeszcze jeden święty – tym razem patron sąsiedniej parafii – św. Michał Archanioł walczący ze smokiem.

To nie wszystko. Na tym już i tak dość zapełnionym obrazie musiało znaleźć się jeszcze miejsce na długie łacińskie napisy. Jeden z nich, zaczynający się od słów: „Recordare Dominae” umieszczono na wstędze, drugi na tarczy. Napisy wyjaśniają m. in., kim jest pokornie klęczący ksiądz. Jest nim proboszcz Hażlacha i Kończyc – Szymon Ignacy Paulinus. Jak mówią kroniki, był to ciekawa i barwna postać. Pozostał z hażlaszanami na zawsze, choć tutaj był tyko kościół filialny, a jednak mieszkańcy do dziś opiekują się grobem swojego proboszcza, chociaż niezupełnie zdają sobie z tego sprawę. Niektórzy mówią, że w grobie obok dawnej chrzcielnicy pochowany jest tajemniczy mnich ze zgromadzenia Paulinów.

Prawda jest jednak taka, że od 1658 roku obowiązki proboszcza w Kończycach Wielkich powierzono księdzu Szymonowi Ignacemu Paulinusowi. Od razu zrobiło się głośno o nieporozumieniach pomiedzy nim a panem na kończyckich włościach – niejakim Wilczkiem, który złośliwie donosił na niepokornego plebana do władz kościelnych. Spory dotyczyły podobno między innymi wysokości uposażenia i budowy nowego probostwa.. Proboszcz postanowił zamieszkać w Hażlachu. Nie pomogły zabiegi barona Wuilczka, który domagał się, aby ksiądz powrócił na kończycką plebanię „skoro jest ona wygodna”. Tego samego nie można było powiedzieć o starej już wtedy, mającej tylko dwa pokoje „farce”, która ostatecznie rozpadła się w 1870 roku. Do końca życia ksiądz Szymon Ignacy Paulinus spoglądający do dziś na swoich parafian z obrazu na chórze kościoła – pozostał wierny Hażlachowi. Tutaj zmarł i został pochowany, prawdopodobnie w 1694 roku.

Przyjechał na rowerze

Ksiądz Jan Jeżowicz urodził się w Hażlachu i tu po latach powrócił, by odprawić swoją prymicyjną Mszę świętą, chociaż – jak zaznacza w swojej kronice ks. M. Mazanek, pierwszą Mszę św. wyświęcony 27 czerwca 1948 roku kapłan odprawiał na Jasnej Górze. Hażlaszanie, dumni ze swojego parafianina, długo i starannie przygotowywali się do prymicji, co również odnotowane zostało w parafialnej kronice.

Ksiądz Jeżowicz był pierwszym proboszczem parafii w Wapienicy. Zmarł w 1971, a obrzędom pogrzebowym przewodniczył 5 lipca 1971 roku kardynał Karol Wojtyła – przyjaciel naszego zmarłego parafianina. Po latach, już jako papież Jan Paweł II wspominał, podczas spotkania z pielgrzymami z Wapienicy, księdza Jana Jeżowicza i pytał, czy pamiętają o nim ci, do których został posłany.

Ksiądz Jeżowicz najwyraźniej myślał o kapłańskiej drodze już podczas wojny. Nieustannie nękany przez gestapo za to, że nie chciał uczyć w niemieckiej szkole, a potem prawdopodobnie związał się z Armią Krajową. Po wyzwoleniu wrócił na Śląsk Cieszyński, a całą drogę z Krakowa przebył na rowerze. To on właśnie przyniósł wiadomość o tragicznej śmierci pochodzącego również z Hażlacha księdza Emila Skudrzyka.

W kronice parafialnej znajdziemy cenną fotografię. Przedstawia ona kardynała Karola Wojtyłę nad trumną zmarłego przyjaciela. Przyjaciela, którego, prawdopodobnie odwiedzał także w Hażlachu. Podobno był tutaj i spacerował w „naszych” „Czarnych Dołach”.

Kronika zawiera nie tylko życiorys naszego parafianina, ale i opis jego ostatniego u nas pobytu. 26 czerwca 1971 roku ks. R. Stachura zanotował: „Przyjeżdża dziś wieczorem ks. Jeżowicz, obecnie proboszcz w Ochabach. Jest słaby i twierdzi, że już jest na emeryturze. Musi się poddać operacji. Jutro jeszcze celebruje, ale mój brat – medyk czuwa w zakrystii nad nim, bo sam już nie da rady chodzić. Odprowadzamy go do domu bardzo już słabego”. Kolejna informacja dotyczyć będzie pogrzebu księdza Jeżowicza. Nie mamy wątpliwości – zasłużył na naszą wdzięczną pamięć, a jego parafianie na nagrobku słowami wyrazili jego niewątpliwe duszpasterskie zaangażowanie zaznaczając, że oto w Wapienicy pochowany został gorliwy i ulubiony duszpasterz, budowniczy kościoła parafialnego, a tablicę na jego grobie „ufundowali dla upamiętnienia jego świetlanej postaci i przykładu dla przyszłych pokoleń – wdzięczni parafianie”.

Zapiski księdza Skudrzyka

Ksiądz Emil Skudrzyk pochodzący z Hażlacha nie doczekał wyzwolenia. Zginął pod koniec II wojny światowej. Tego dnia – 15 lutego 1945 roku razem z mieszkańcami Strumienia i proboszczem parafii –ks. Alojzym Gałuszką szukali schronienia przed bombami. Wybuch jednej z nich zniszczył budynek probostwa. Zginęli wszyscy, którzy tam chcieli znaleźć ocalenie.

W tym dniu w Hażlachu wiedziano o bombardowaniu Strumienia. Matka ks. Emila – Katarzyna przeczuwała śmierć syna. Jak wspominała po latach Anna – jej córka – matka często wychodziła przed dom, patrzyła w stronę Strumienia i mówiła, że widzi tam, na niebie krzyż. Ona pierwsza z rodziny wiedziała, że tego dnia ks. Emil zginął. Straszne przeczucie okazało się rzeczywistością. Znaleziono przy nim zakrwawiony medalik z napisem: „Dla ciebie Polsko”.

Nieżyjąca już dziś siostra księdza Emila Skudrzyka – Anna Kucharska pieczołowicie przechowywała pamiątki po bracie. Ona również często powtarzała, że ksiądz Emil był przede wszystkim gorącym patriotą. Wierzył, że wojna wkrótce się skończy , nie chciał podporządkować się zakazowi głoszenia kazań po polsku, rozdawał polskie książki, a kiedy otrzymał życzenia napisane po niemiecku przez Polaka, zwrócił mu uwagę, że takie życzenia nie bardzo go ucieszyły. Zachowane listy księdza Emila i wspomnienia osób, które go znały, świadczą o tym, że był on człowiekiem głębokiej wiary. Niezwykłą wartość ma jego notatnik, do dziś przechowywany przez rodzinę. Są to zapiski z rekolekcji wielkopostnych z marca 1931 roku. „Com dał Bogu, że mnie wybrał – pytał mający przyjąć święcenia Emil Skudrzyk i dodawał– Boże, gdy będę Cię piastował w rękach swoich i z Nieba Cię sprowadzał, chcę to czynić z takim pietyzmem, jak czynił to św. Józef.”

Młody kapłan wielokrotnie dawał dowód swojego bezgranicznego zaufania Bogu. W ostatnim liście do matki napisał: „Pamiętajcie, że światem rządzi Pan Bóg i że wszystko, co On czyni, jest dobre. Bez wiedzy Boga nie może człowiekowi ni włos spaść z głowy. Jeżeli stanie się co nam, to będzie to z dopuszczenia Bożego. (…) Piszę o tym w związku z pobytem naszym w Hażlachu, kiedyście znowu płakali przy naszym odjeździe. Daj Boże, spotkamy się jeszcze parę razy, a mielibyśmy się nie spotkać, niech się dzieje wola Boża”.

Stało się to, co przeczuwała matka żegnająca go ze łzami po raz ostatni. Nie spotkali się już nigdy więcej, a bliski krewny zmarłego tragicznie kapłana – ks. Józef Skudrzyk – napisał o swoim bratanku: „odszedł wtedy, kiedy wolność nadchodziła. Kiedy to najgorsze zdawało się już być za nami, (…) pozostawił po sobie pamięć jak najpiękniejszą.”

Wielka historia w małej parafii

Echa wielkiej historii dochodziły do naszej parafii – niewielkiej wprawdzie, ale żywo i nieraz boleśnie odczuwającej to, co działo się w Polsce i na świecie. Ksiądz M. Mazanek, uzupełniający kronikę parafialną, na podstawie ogłoszeń parafialnych spisywanych przez poprzednich duszpasterzy i na podstawie opowieści mieszkańców, zanotował: „potęga Niemiec załamuje się. Inwazja Aliantów we Francji, ofensywa wojsk radzieckich w lecie, która zatrzymała się pod Warszawą – są mocnymi taranami, które wstrząsnęły potęgą Hitlera. Tragedia Powstania Warszawskiego napełniła serca Polaków wielkim smutkiem. Polacy w Hażlachu nie mogą zrozumieć, dlaczego wojska radzieckie nie przyszły z pomocą warszawskim powstańcom, chociaż zatrzymały się na drugim brzegu Wisły. W Hażlachu jest ogólne przekonanie, że wojska radzieckie przyniosą oswobodzenie. Do tego większość Polaków z wyjątkiem komunistów odnosi się z wielką nieufnością.”

Kolejne zanotowane informacje dotyczą dramatycznych przeżyć. Czytamy o tym, że działania wojenne przybierają na sile a artyleria radziecka ostrzeliwuje Hażlach, dowiadujemy się też, że samolot zrzucił bombę, która spadła między kościołem i domem Jeżowiczów. Wypadły wszystkie szyby w kościele i na probostwie.

Święta Wielkanocne w 1945 roku w parafii upływają pod znakiem niebezpiecznych i tragicznych zdarzeń, a z powodu niebezpieczeństwa nalotów, nabożeństwa odprawiane są wówczas, kiedy niebezpieczeństwo mija. Mimo to w pierwsze święto Wielkiej Nocy ginie młoda dziewczyna – Genowefa Zubek. Ksiądz Mazanek napisał: „Ona szła do kościoła, w drodze trafiła ją kula posłana przez czołgi rosyjskie, które, jak słyszałem, były na Babilonie.”

W końcu wojna dobiegła końca. 2 maja odprawione zostało pierwsze nabożeństwo majowe po polski. Kolejne dni i tygodnie przynosiły radości i następne tragedie wielu rodzin. Powracali żołnierze i więźniowie niemieckich więzień i obozów. Jedni wracali, o innych rodziny dowiadywały się, że nie powrócą już nigdy. Obszerne fragmenty hażlaskiej kroniki dotyczą dramatu rodziny Witoszków. Wśród niewielu fotografii w niepozornym brulionie znajdziemy legitymacyjne zdjęcie przystojnego młodzieńca. Nie przeżył wojny, a Matka, ciesząc się z powrotu jego braci, nie zapomniała o tym, co wydarzyło się tak niedawno. W marcu 1945 roku Niemcy aresztowali jej synów. W Cieszynie ich osądzili. Matka czekała na korytarzu. Kiedy wyprowadzono synów, najstarszy – 21-letni Karol powiedział: „Mamo, strzylać mnie bydóm”. Wtedy widziała go ostatni raz. Przed śmiercią napisał do niej list. Podawał datę i godzinę śmierci, troszczył się o to, co stanie się z płaszczem, który po nim pozostanie – może się przydać rodzinie. Z wszystkimi się żegnał i dodawał – „już mi Aniołowie w Niebie śpiywajóm”. Prawdopodobnie – jak czytamy w kronice parafialnej – na śmierć przygotowywał go więziony również przez Niemców ks. Alojzy Wranka.

Karol zginął, a o powrocie jego braci Matka dowiedziała się podczas nabożeństwa majowego w parafialnym kościele.

***

Przytoczone historie to tylko niewielka część dziejów hażlaskiej parafii. Podcieszyńska miejscowość jest dla jej wielu mieszkańców centrum świata. Tu rozgrywają się najważniejsze wydarzenia ich życia, a szczególne miejsce w tych wydarzeniach zajmuje obchodzący swój jubileusz stulecia istnienia – parafialny kościół pw. św. Bartłomieja Apostoła.